Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Requiem For The Indifferent

Requiem For The Indifferent - Epica

Requiem For The Indifferent

Wykonawca:

Epica

Gatunek:

Power metal

6 /10

Szymono Szymonowna, gdy tak patrzę na Twe lico, na Twe rude włosy, to mam wrażenie, że kochałbym Cię. Ale gdy zapuszczam sobie piąty album Twojego zespołu Epica, "Requiem For The Indifferent", to drżę w posadach.

No bo jeśli jesteś tak pogmatwana i zmienna, jak muzyka, którą gracie…

Epica - nazwa mówi wszystko. Jest faktycznie epicko. Kawałki poniżej 5 minut są do d…! Utwór, który zawiera mniej, niż 140 motywów ssie! Im bardziej podniosła partia orkiestry, tym lepiej! Cytując klasyka: "mają rozmach, skurwisyny!"

Dziesięć lat istnienia, pięć albumów na koncie, a Epica nadal nie może pojąć, że nie należy przeginać w żadną stronę. Prostactwa nie lubimy, ale gdy ktoś ładuje w swoje utwory miliony patentów, choćby nie wiem jak zmyślnych i genialnych technicznie, to zakrawa na próbę zamordowania słuchaczy swoją wielkością. Skutkuje to zmęczeniem i znużeniem odbiorcy dźwięków…

Ale zacznijmy od pochwał. Muzycy Epiki, co wiadomo nie od dziś, to warsztatowo światowa czołówka. Simone Simons śpiewa kapitalnie, mocno, melodyjnie, acz na "Requiem For The Indifferent" rzadziej wykorzystuje swój mezzosopran, częściej używając zadziornego, metalowego wokalu - w kwestii umiejętnego łączenia tych stylów idealnym przykładem jest numer "Avalanche". Mark Jansen to po pierwsze facet, który ma talent do dobrych riffów, a po drugie świetnie growluje (obie umiejętności docenimy słuchając "Internal Warfare") - obok Mikaela Akerfeldta to mój ulubiony gardłowy posługujący się tym stylem. Sekcja z pałkerem Arienem Van Weesenbeekiem dzielnie grzeje do przodu, podwójna stopa masakruje bębenki w uszach aż miło! Wreszcie: gitarzysta solowy, Isaac Delahaye to supersprawny grajek, który oprócz technicznej ekstazy potrafi zaserwować melodyjne solo (tu znów odsyłam do "Internal Warfare", gdzie koleś dzieli solówkę z klawiszowcem Coenem Janssenem).

Tylko, kurde, co z tego, skoro tu niemal każdy utwór jest przeładowany, przedobrzony! To działa jak z alkoholem - większość z nas go lubi, ale gdy się go wypije za dużo pozostaje ból głowy i romans z muszlą klozetową. Gdyby te kawałki były o połowę chudsze, bardziej zwięzłe, mniej rozpasane, mielibyśmy do czynienia z dziełem pierwszej klasy. A w samym "Monopoly of Truth" naliczyłem ok. 10 różnych motywów. Kawałek przez to rozciąga się do 7 minut, wcale przy tym nie zyskując na klasie (choć - inna sprawa - że panna Simons śpiewa tu rewelacyjnie!).

Okay, na "Requiem (…)" jest naprawdę dużo dobrych momentów, chwytliwych melodii, motywów, które łatwo zapamiętać i które mogą poruszyć. Świetna jest delikatna ballada "Delirium" - zaczyna się od popisu chóru a capella, co wprowadza piękny, intymny klimat, kontynuowany przez moją rudą ulubienicę przy akompaniamencie fortepianu i z celtyckimi wstawkami. Singlowe "Storm the Sorrow" też może się podobać, ze względu na elektroniczne wstawki we zwrotce i spokojną rytmizację przywodzące na myśl dokonania rodaków Epiki z Within Temptation. Do gustu mogą przypaść arabizujące wstawki z utworu tytułowego, niejednego słuchacza porwie zalatujący stonerem rytm "Deter the Tyrant".

Dlatego też uważam, że szóstka to ocena jak najbardziej sprawiedliwa, droga Szymono. Fajna jesteś, ale opanuj kolegów, bo za bardzo wywijają swoimi instrumentami. Wtedy wszystko będzie w najlepszym porządku.

Jurek Gibadło