Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / We Come In Pieces

We Come In Pieces - Placebo

We Come In Pieces

Wykonawca:

Placebo

6 /10

Placebo dają efektowne koncerty. Przekonałem się o tym osobiście podczas Open’era 2009 - szalona gra świateł, wizualizacje na gigantycznych ekranach, Stefan Osdal zmieniający co chwilę gitary i ciuszki. Tak, byli najefektowniejsi, acz niekoniecznie najlepsi.

Takie same odczucia towarzyszą mi po obejrzeniu trzeciego w ich dorobku DVD (drugiego koncertowego) - "We Come In Pieces". Stanowi ono zapis ostatniego koncertu gigantycznej trasy promującej album "Battle For The Sun", który odbył się 28 września 2010r. w londyńskim klubie Brixton Academy. Miejscówka legendarna, zarezerwowana dla najlepszych, a przecież zwykło się uznawać tę trójkę na czołówkę alternatywnego rocka przełomu tysiącleci.

Pomysł na to DVD był następujący: to nie miał być zwykła rejestracja występu przy użyciu kilku kamer, to miało być coś jak jeden wielki teledysk, albo film. Idea w sumie niezła - dynamiczne ujęcia, zmieniająca się ziarnistość i kolorystyka obrazu, wreszcie przebitki w postaci filmików, które nominalnie wyświetlane były na wielkich telebimach umieszczonych za zespołem. Pewnie nieźle oglądałoby się w kinie, ale w warunkach domowych - mnie osobiście - trochę to zmęczyło i zdystansowało od zespołu. Nie czułem się współuczestnikiem wielkiego wydarzenia (a lubię, gdy to uczucie towarzyszy mi podczas oglądania koncertów na DVD), raczej jedynie widzem jakiegoś programu rozrywkowego. Przez tą szaloną pracę kamer uciekła gdzieś energia, która - jak wiem z autopsji - na koncertach Placebo się pięknie magazynuje i uwalnia.

Dźwięk? Jest okej. Znać na nim studyjne macanki, może trochę przeszkadza mi wyciszenie publiki w trakcie utworów (lubię, gdy słychać, jak śpiewają piosenki razem z zespołem), mierzi mnie trochę kaleki głos Briana Molko, który wielkim wokalistą nigdy nie był i pewnie nie będzie. Ale generalnie jest odpowiednio brudno, a jednak klarownie i selektywnie. Plus.

Spójrzmy jeszcze na repertuar i dodatki. Co zrozumiałe, na 20 kawałków 8 wyjęto z promowanej "Battle For The Sun" i jej B-side’ów (z "Ashtray Heart", "For What Is Worth" i "Bright Lights" na czele"). Resztę stanowi klasyka zespołu: "Meds", "Every You Every Me" czy "Sleeping With Ghosts". Pojawia się także cover "All Apologies" Nirvany - to jeden z najlepszych numerów tego koncertu. Dodatki to 6 kompozycji wziętych z różnych występów z ostatniej trasy (niestety, nie ma nic z Gdyni) - trochę mało.

Nie porwał mnie ten koncert. Wiadomo - pod nosem śpiewałem dobrze znane mi utwory, ale to nie było to, czego się spodziewałem. "Efektownie" nie zawsze równa się "udanie".

Jurek Gibadło